Wednesday, February 28, 2018

Krótka bajka o tym, jak odmroziłam sobie kolano

O tym, że lubię pomagać już raczej wiecie, bo okazji, żeby się tym pochwalić miałam już trochę w swojej twórczości, a propagowanie pomocy zawsze jest okej! Drugą rzeczą, którą wielbię od mojego szalonego dzieciństwa są głupie pomysły, niebezpieczne sytuacje i tworzenie sobie cudownych wspomnień. Uwaga, znalazłam sposób, jak to połączyć!


W zeszłą sobotę wybraliśmy się na "morsowanie", ale nie, nie. Nie mówię tutaj o zwykłej kąpieli w morzu, wodospadzie czy jeziorze. Mówię o zimowym wejściu na Śnieżkę, tak - w szortach.
Dla przybliżenia sytuacji, realnie -18 stopni, odczuwalne -37 przy wietrze o prędkości 80km/h. W takich właśnie warunkach, przy zamarzających oczach (seriooo) zakończyliśmy naszą wycieczkę w schronisku pod Śnieżką, bo warunki, zresztą podobno najgorsze tej zimy, nie pozwoliły wejść na szczyt. Ale od początku...

Cała akcja miała charakter charytatywny, a organizatorką była (i ciągle jest, bo akcje są powtarzane) kobieta, zbierająca fundusze na swojego partnera chorego na nowotwór. To, że Pani Aldonka już wygrała według mnie swoim pomysłem wiąże się z tym, że wygra i z chorobą. Głęboko w to wierzę.
Wszystko zaczęło się oh zgrozo, z pomysłu mojej mamy. I czy to czasem nie powinno być tak, że to właśnie mama mówi "nie wychodź bez kurtki?". W mojej rodzinie działa to chyba na odwrót...I przez Jej początkowo słomiany zapał, przerodziło się w realne zebranie ekipy i zaplanowanie wyjścia. Tak też w piątek udaliśmy się na warsztaty z oddychania i różnych metod wizualizacji, których uczyła nas Pani Aldonka. Wszystko oczywiście po to by nie paść na starcie i w ogóle odważyć się zdjąć z siebie ubrania stojąc na śniegu. Bo potem to już samo poczucie braku kurtki motywuje do ruchu, jak nic innego. Przekonałam się o tym kiedy po niecałym półtorej godziny dotarłam do schroniska, a planowany czas na to wynosił około...2,5/3 godzin. Co jednak najśmieszniejsze, mimo tempa i wysiłku, jakiego wymaga chodzenie po górach, nie czułam się wcale, naprawdę wcale zmęczona. A wyprzedzanie turystów ubranych na cebulkę niczym żywe bałwany, z trudem pokonujące każdy kolejny górski metr było komiczne, kiedy mijałam ich w moim błyskawicznym (walczącym o ciepło) tempie. I ten, kto nigdy nie był zimą w górach pewnie nie zrozumie, ale stanę na głowie, by Wam to jakoś zobrazować. Na początku samopoczucie jest super, wtedy jeszcze idzie się w grupie, rozmawia, podziwia widoki, jest miło. W którymś jednak momencie, każdy zaczyna nabierać własnego tempa, przez co jedni zostają z tyłu, inni wymykają się do przodu (i ja jestem tutaj drugą grupą). Im wyżej, tym zimniej, bardziej mglisto i co najgorsze - wietrznie. Wiatr - mój nowy najgorszy wróg w górskich wyprawach w szortach. Zwłaszcza, kiedy wieje z ogromną prędkością obijając mnie śniegiem i lodem. Uwierzcie na słowo, dla zmarzniętych, nadwrażliwych od zimna nóg i rąk, to prawdziwa masakra. Zwłaszcza, kiedy temperatura już nawet nie pozwala na ściągnięcie rękawiczek i ubranie na siebie chociażby koszulki. Wiem to z autopsji, wiatr szarpał i mą i koszulką, którą próbowałam ubrać w rękawiczkach narciarskich i uwierzcie, że wizja walki o dotarcie do schroniska w ciągu kilku minut w stanie poobijania lodowego, wygrywała jednak z wizją zatrzymywania się w celu ubrania koszulki. I tak, mimo sytuacji, że moja mama postanowiła się cofnąć, żeby dać mi kurtkę, nie będąc świadoma tego, że jestem daleko przed nią - nie za nią, tracąc przy tym ogrom sił, dotarliśmy do schroniska, pijąc potem grzane wino i jedząc gulaszową w ramach małej nagrody z powodu pokonania naszych słabości.
I słyszałam już sporo razy, że jesteśmy głupi, nieodpowiedzialni, szaleni...i to jest okej, ludzie nieczęsto zdają sobie sprawę do czego są zdolni i z tego co wywnioskowałam, chyba nawet trochę boją się to sprawdzić, zamykając swoje życie w tej ciepłej, wygodnej, bezpiecznej strefie.

Z ciekawych faktów. Tak, jestem zdrowa. Zero kataru, zero kaszlu. Nic. Oszem, czułam się na K2, naprawdę! I tak, moja noga nie ma się najlepiej, ale to tylko kwestia źle nawilżonej, delikatnej skóry. Wszystko będzie z nią dobrze!

To wyjście wpisuję oficjalnie na moją listę najbardziej szalonych rzeczy, jakie zrobiłam i czekam na Wasze szalone historie!







Naszyjnik - Apart
Koszulka - Mohito
Kurtka - klik
Spodnie - klik
Buty - Deichmann
Pierścionki - klik

12 comments:

  1. This comment has been removed by the author.

    ReplyDelete
  2. zaluje, ze nie ma zadnych zdjec z tej wyprawy haha. szacun ola!!!

    ReplyDelete
  3. Moja koleżanka razem z rodzicami ,,morsuje'' w rzece. Mi chyba wystarczy zmarznięcie w kurtce na przystanku.


    Mój blog
    Mój kanał na Youtube

    ReplyDelete
  4. O kurcze, ale przygoda. Wspaniały cel. Aż zimno mi się zrobiło, jak to czytałam :)
    Zdjęcia fenomenalne

    rilseee.blogspot.com

    ReplyDelete
  5. Wooow, mega wyzwanie! Najważniejsze, że dałaś radę! Jak to się mówi... co nas nie zabije, to nas wzmocni! :D
    Piękne zdjęcia! :)
    MÓJ BLOG

    ReplyDelete
  6. Tez bym tak chciala :p mega wyzwanie pewnie bym nie dala rady i zamarzla ale licza sie checi :)
    by-tala.blogspot.com

    ReplyDelete
  7. Uwielbiam twoje sesje zdjęciowe i wyglądasz świetnie i bardzo klimatyczne.

    ZAPRASZAM DO ODWIEDZIN I OBSERWOWANIA MOJEGO BLOGA <3
    Serdecznie zapraszam na mojego BLOGA.
    Serdecznie zapraszam na mojego INSTAGRAMA.

    ReplyDelete
  8. W życiu bym się na to nie odważyła XD Od samego czytania mi zimno.

    thewavyocean.blogspot.com

    ReplyDelete
  9. Mimo wszystko to musiało być genialne przeżycie, podziwiam! :)

    ReplyDelete
  10. śliczne zdjęcia!
    fajnie, że postanowiłaś zaangażować się w coś takiego, naprawdę podziwiam!

    https://karik-karik.blogspot.com/

    ReplyDelete
  11. Jeju mega ciekawe doświadczenie!
    Na pewno pozostanie ci długo w pamięci, super!

    live-telepathically.blogspot.com

    ReplyDelete
  12. jej podziwiam Cię ja bym się nie odważyła na coś takiego :)

    ReplyDelete

Za każdy komentarz dziękuję, jest on dla mnie ogromną motywacją :)