Tuesday, November 7, 2017

Monday, October 9, 2017

O tym jak niezmienne są kobiece decyzje

Tak samo bardzo, jaką ogromną niechęć jeszcze niedawno odczuwałam do Wrocławia, teraz czuję pewne dziwne przyciąganie. 

Wednesday, September 27, 2017

Bez(myślnie)

Siedzę właśnie przy laptopie z ilością otwartych okienek równą - kilkadziesiąt. Gdzieś między odwiecznymi marzeniami i poszukiwaniem białego fortepianu zapodziało się kilka kart przekazujących większą wartość, niż to mocne sześćdziesiąt tysięcy złotych, połyskującego Petrofa. Kilka kart, które na przykładzie jednego (i prawdopodobnie największego) błędu mojego życia, uświadomiły mnie, czego więcej bezmyślnie, zwłaszcza "myślnie", nie robić. Zapraszam.

Wednesday, September 6, 2017

Miałam kontakt z armią turecką?!

Wbrew temu wszystkiemu, o czym się teraz tak dużo mówi. Niebezpieczeństwo, ataki, zagrożenie otaczające nas z każdej strony. Wbrew tym wszystkim komentarzom, że szukam problemu, że jestem głupia, że proszę się o nieszczęście. Pojechałam do Turcji.

Sunday, August 6, 2017

Mam nadzieję, że to nie choroba psychiczna

Zawsze wiedziałam, że magia doceniania i radości z byle czego, to moja wrodzona zaleta. Jakoś żyłam z tą świadomością, z dnia na dzień, zyskując coraz większą świadomość tej jakże dziwacznej, ale i pozytywnej cechy. Wczoraj jednak aż zaskoczyłam sama siebie, dziecięca radość osiągnęła apogeum.

Moment, kiedy mózg usilnie szuka powodu do radości w tej gorszej chwili, pewnie nie jest Wam obcy. Zatem jeśli łapiecie temat, to wyobraźcie sobie pewną sytuację. 
Kończycie pracę w środku nocy, a dokładnie o godzinie 24. Dzień, jak zwykle zresztą w pracy kelnerki był niezwykle męczący, związany z kilkoma spięciami albo z innymi pracownikami, klientami, czasem nawet z szefową. Po całym dniu spędzonym z "jeszcze tylko kilka godzin" w głowie, wreszcie udaje Wam się opuścić miejsce pracy. Wizja udanego powrotu do domu i czar zakończenia kilkunastu godzin ciągłego obsługiwania gości nagle jakoś magicznie pryska, gdy tuż po otworzeniu drzwi, zauważacie ulewę. Brak kurtki, brak parasola, brak odpowiedniego wieku, by posiadać samochód i prawo jazdy, no i zaledwie 10 minut piechotą do domu? Co robicie? 
Ja uznałam, że nie będę budziła moich rodziców i że nie mam już nic do stracenia. Pewnym krokiem weszłam w ulewę, ekscytując się każdą kroplą deszczu oświetloną przez latarnię, która spadała prosto na moją twarz, zmywając całodniowy makijaż - przy okazji. Nie biegłam, szłam sobie spokojnie ciesząc się sytuacją, kiedy nie czuję na sobie presji, a do domu wrócić mogę przemoknięta, ze świadomością, że czeka na mnie zaraz gorąca kąpiel. Może to zwykłe zmęczenie nie pozwoliło mi przyspieszyć kroku, a może po prostu szukałam powodu do radości, po całym dniu stresu. Tę radość  dał mi właśnie deszcz - z reguły będący złym niszczycielem ludzkich planów. Wstyd się przyznać, że przez całą drogę towarzyszył mi uśmiech od ucha do ucha i momentami nawet zaczynałam się śmiać dość głośno, sama do siebie. Pewnie uznacie, że to choroba psychiczna, ale ja myślę, że to po prostu zdolność do nieograniczonej radości ze wszystkiego i wszędzie. Mam nadzieję, że nikt nie wyprowadzi mnie z błędu.
 Top - klik
Spodenki - klik

Mam nadzieję, że nie jestem jedyna z tak dziwaczną historią i że Wy też macie mi coś do opowiedzenia!